Popapraniec

Prawdopodobnie nie ja jeden Karol Nowak borykam się z podobnym problemem. Polska, moja Ojczyzna, zapewne zna nie jeden przypadek takiej ludzkiej niepewności, ludzkiego rozdarcia. – Tak, niestety i ja od pewnego czasu nie do końca jestem pewien swojego pochodzenia, swojej tożsamości, mojej przynależności do wiary, i religii.

Urodziłem się w Polsce, mam na wskroś polskie – Nowak – bardzo popularne nazwisko, imię Karol przecież też… Zostałem ochrzczony, byłem u pierwszej komunii, przeszedłem bierzmowanie, wziąłem ślub kościelny, ochrzciłem dzieci, – więc?

Do tej pory, byłem przekonany, że jestem „Polakiem Prawdziwym”. Takim z krwi i kości Polakiem! – Wierzącym katolikiem, chrześcijaninem, prawym na wskroś obywatelem. – O choćby takim jak każdy PiSowiec i, wszystko było ok! Starałem się żyć po bożemu, po chrześcijańsku; w młodości chodziłem do kościoła, modliłem się, wierzyłem w to, co mi wkładali do głowy poprzebierani w świętość klerycy. Jednak… wraz z upływającymi latami, z czasem, którego na tym padole zostaje mi już ciut, ciut, nie tylko staję się niedowiarkiem, ale… Nie wiedząc, po co to czynię, zaczynam szperać, dociekać, zaglądać w zakamarki mojego dotychczasowego jestestwa. Czynię tak, niczym poszukiwacz skarbów na babcinym strychu i, nagle, w moim życiu odnajduję… sensację?

– Może… Ja jednak jestem Żydem?!

Po co to robię teraz, gdy już właściwie jestem u końca drogi? Po co zastanawiam się nad tym tu, na stronach tej ponoć kryminalnej powieści i, zawracam Wam szlachetnym, dajmy na to głowę? – Przecież wiemy wszyscy, że łatwiej, bezpieczniej w Polsce żyje się „Prawdziwemu Polakowi” – po co szukam guza?

„Polska dla Polaków!”, „Żydzi do Palestyny!”, „Syjoniści do Syjonu!” – To nie tylko hasła z czasów Bieruta, Gomułki, Gierka, które zapamiętałem z mojej młodości. – Te odczucia do dzisiaj pozostały w wielu z nas, a szczególnie w „Prawdziwych Polakach”. Żyd – nie Polak! Choćbyś urodził się w Polsce, chociaż uważasz się za Polaka, ale, jak miałeś Żydówkę babkę, albo Żyda dziadka, a nie daj boże matkę, albo ojca Żyda to – to wśród „Prawdziwych Polaków” jesteś ciągle ciałem obcym, hubą, jemiołą, jesteś skażoną naroślą – jesteś „Żydem”.

– Jednocześnie, my „Prawdziwi Polacy” w cichości ducha zazdrościmy Żydom, że są od nas bardziej uzdolnieni intelektualnie, cwańsi życiowo, przebieglejsi w interesach, biznesie „I w ogóle, i w szczególe i pod każdem innem wzglendem”. Wkurwia nas to, więc w różnych dogodnych okolicznościach krzyczymy na całe gardło: Precz! Precz! Przez Żydów żyje nam się gorzej! Żydzi okradają nas! Precz! Trochę mniej odważni tylko puszczają słownego, zakamuflowanego bąka o żydowskich przywarach i oddalają się z miejsca – niech wokół rozejdzie się smród – ale to nie ja zanieczyściłem powietrze. W ten sposób my „Prawdziwi Polacy” usprawiedliwiamy przyczynę naszych klęsk i niepowodzeń, naszą nieudolność, gnuśność. – Mamy winowajcę – Żyda! A my, „Prawdziwi Polacy” znowu jesteśmy niczemu winni – nooo, i wielcy!

Historia, od pokoleń pokazuje, że nie tylko my Polacy tak sceptycznie, wrogo nastawieni jesteśmy do Żydów. Od stuleci antysemityzm nieustannie przelewa się przez kontynenty i narody. Można zachodzić w głowę, dlaczego Żydzi z takim bałwochwalczym uporem wierzą, że są Nardem Wybranym – po tym, co przeszliście, co czynili z wami inni? – Miliony wymordowanych w samej Treblince! – Na to godził się, przyzwalał wasz Wszechmogący Mesjasz?

Wikipedia:

„Judaizm – religia monoteistyczna, której podstawą jest wiara w jednego Boga, będącego nie tylko Stwórcą świata, ale także jego stałym „nadzorcą” lub „opiekunem”. Bóg ten zawarł z ludem Izraela wieczyste przymierze, obiecując ochronę i pomoc w zamian za podporządkowanie się jego nakazom.”

Nie mnie Karolowi Nowakowi, prostemu krawcowi dochodzić prawdy, osądzać, dociekać przyczyn światowego antysemityzmu. – Niech to robią inni, mądrzejsi. – O, choćby Szekspir. Szekspir w komedii Kupiec Wenecki ukazuje Wenecjan, jako ludzi kulturalnych, wykształconych, dobrych – którzy jednak w kontakcie z Żydami stają się aroganccy, napastliwi, wręcz wrodzy. (Zachowanie tytułowej postaci kupca Antonia skonfliktowanego z żydowskim bankierem, kredytodawcą Shylockiem). Tak, w historii Świata możemy zaobserwować fakt, że mniejszości żydowskie mało kiedy tak do końca, asymilowały się z miejscową ludnością. Obie społeczności żyjąc ze sobą przez setki lat, tylko w niewielkim stopniu nawiązywały kontakty, w zasadzie kontaktów unikano. Doskonale opisała to zjawisko również noblistka Olga Tokarczuk w Księgach Jakubowych przedstawiając środowisko żydowskie w Polsce. Bardziej jeszcze dociekliwych czytelników, chciałbym nakłonić do sięgnięcia po pamiętnik napisany przez Żydo–Polaka Caleka Perechodnika. Jego Spowiedź cudem odnaleziona już po jego śmierci, wydana po wojnie, opowiada z ogromną rzetelnością o prawdzie czasu II Wojny Światowej i niemieckiej okupacji. Calek w czasie od wiosny do jesieni 1943 roku godzina po godzinie, dzień po dniu skrupulatnie opisuje traumatyczną walkę o przeżycie, wśród społeczności polskiej, wśród polskich konfidentów i szmalcowników, wśród polskiej, ukraińskiej i żydowskiej policji w tworzonych dla Żydów gettach na terenach Warszawy i okolic. Pamiętnik wstrząsnął mną bardziej niż dostępne naukowe i historyczne opracowania i statystyki. „Sadyzm niemiecki, podłość polska, tchórzostwo żydowskie… – Nikt nie pozostawał bez winy…” pisze w Spowiedzi Calek Perchodnik stawiając tezy i pytania, na które my Polacy będziemy długo jeszcze szukali odważnej, prawdziwej odpowiedzi, bijąc się w piersi, wstydząc się naszej postawy. Calek także nie oszczędza w swoim pamiętniku Żydów, pisząc pod koniec Spowiedzi: „…Również sami Żydzi zapracowali sobie na swój holokaust…”

Tu przypominają mi się zapamiętane jeszcze z dzieciństwa słowa mojej matki, która często powtarzając podobnież za Żydami, dowcipkowała: „Wasze ulice – nasze kamienice” ha, ha, ha. – Tacy to byli Żydzi – cwaniaki, lichwa. Synku, przed wojną cała Warszawa była żydowska, rozpychali się, wszystko; banki, fabryki, sklepy, restauracje, kamienice… Wszystko było ich. Wszędzie było ich pełno. A ilu było krawców Żydów! Zabierali ojcu robotę. A lokal… Lokal przecież też kupiliśmy od Żyda. Pamiętasz, przypominasz sobie coś z tamtego czasu? Pamiętasz nasz zakład z mieszkankiem na antresoli? – W tym lokalu ty się urodziłeś…

– Taaak, przypominam sobie, że te ostatnie zdania mama wtedy zawsze wypowiadała jakby z obawą, jakby próbowała najpierw sprawdzić, co pamiętam z czasów mojego najwcześniejszego życia. Teraz, po latach, tamte warszawskie chwile wpisują się w moje wątpliwości, moim myślom każą krążyć, dociekać…

I, teraz dochodzimy do mnie, do moich narodzin. Urodziłem się w 1940 roku w Warszawie, w odkupionym od Żyda zakładzie krawieckim, nad którym znajdowało się pomieszczenie mieszkalne na antresoli. Ochrzczono mnie w kościele Św. Anny – mam oryginalną (?) metrykę. Moim chrzestnym był brat mojego ojca, a chrzestną jego żona – oni na chrzcie nadali mi imię Karol. I, teraz, cofając się do tamtych czasów, muszę bardzo, bardzo się skupić. – To może być moment decydujący o moim pochodzeniu! Po głowie chodzą mi dwa warianty, dwie możliwości mojego zaistnienia na ziemi: Pierwszy, prawie opisałem. Drugi…

– Wyimaginowany, wydumany przeze mnie – nigdy niczym i przez nikogo niepoparty, mógłby przedstawiać się następująco:

Nie umiejąc ukryć spływających łez po jeszcze czerstwych, mocno obrośniętych czarną brodą policzkach, krawiec, właściciel lokalu przy ulicy Dobrej, na warszawskim Powiślu, już nie kończy szycia zaczętych spodni dla mieszkającego po sąsiedzku, piętro wyżej sąsiada listonosza. Krawiec Mosze Karmazyn w tej chwili obejmuje, ściska z całych sił swoją żonę Norę i przyssane do jej piersi niemowlę. – Dziecko ssie cycek łapczywie, zachłannie, aż zachłystując się. Krawiec, Mosze Karmazyn siedzi na dostawionym do stołu krześle i, raz przygląda się dziecku, raz, trzymanej w drżącej dłoni, wyrwanej z zeszytu kartce, na której spisana jest „Umowa”. Opodal, tuż przy drzwiach czekają spakowane walizki i wypchane po brzegi, uszyte przez krawca specjalnie do tego celu torby. Na krawieckim stole, z którego codziennie od świtu, z pod ciężkiego żelazka z sykiem rozchodziła się para z zamoczonej lnianej zaparzaczki – dzisiaj, na tym stole, pyszni się wiklinowy kosz, wypełniony aż po samą górę dziecięcą wyprawką. Pieluszki, majteczki, kaftaniki, sweterki, czapeczki, pończoszki, skarpeteczki, śliniaczki, malutkie jak dla lalki buciki, haftowana poduszeczka i kołderka… Smoczki, buteleczki, kolorowe zabaweczki wypełniają inną torbę.

Moszku, kochany… – Z łkania, szlochu, z kobiecego płaczu można było wyłuskać porozrywane bólem zdania: Jak, jak ja mam obcym ludziom zostawić tę naszą najukochańszą kruszynkę, naszego cudownego maluszka? Kto, jak i czym go będzie karmił… Zobacz, zobacz jak on łapczywie ssie, jak się tuli… Boże, Boże… Mosze, jak mamy zostawić ten nasz cały dorobek? Ledwie Banachowi spłaciliśmy ostatnią ratę kredytu za lokal… A co z klientami, tyle masz pozaczynanej roboty… Kobieta, trzymając przy nagiej piersi tak łapczywie ssące niemowlę jakby wiedziało, że robi to po raz ostatni, ciągle nie może pogodzić się z tragiczną rzeczywistością. Nora, kochana, kochanie… – Krawiec cały czas wycierając wierzchem dłoni lecące z oczu, kapiące z brody łzy, próbuje uspakajać żonę. – Kochanie, największym bogactwem jest nasz skarbek, jego musimy chronić najbardziej, on musi przeżyć! Już ci tyle razy powtarzałem; Nie mamy innego wyjścia, Nowakom musimy zaufać. Znam ich, z Janem razem pracowaliśmy u Gremberga – to uczciwy, dobry człowiek, ona też… Są młodym bezdzietnym małżeństwem… Dokumenty, metryki wszystko, wszystko już jest pozałatwiane na ich nazwisko. Nasz skarbek, nasz Kuba już teraz ma na imię Karolek, ma świadectwo chrztu… Tak, Noro, nasz Kubuś nazywa się Karol Nowak… Najważniejsze żeby przeżył, żeby przeżył… Jemu nic nie może się wydarzyć. Nasz Kubuńka będzie Karolkiem, będzie Polakiem. Noreczko… Tak trzeba… Płaczą, płaczą oboje zdając sobie sprawę, że… – Że „to” stanie się, już za chwilę…

Czy mogło to się tak właśnie wydarzyć? Czy moi rodzice mogli dogadać się z Żydem, z krawcem, właścicielem lokalu przy ulicy Dobrej, który za chwilę miał się znaleźć w getcie i, wraz z lokalem, nie mając własnego dziecka zatrzymali żydowskie niemowlę, chłopca – ratując w ten sposób jeszcze jedną ludzką istotę… – Intryguje mnie ten wariant. Przecież, od tego czasu, moim ojcem i matką byliby Polacy, ale urodziliby mnie Żydzi! Ja, Karol Nowak byłbym Żydem! Stąd, być może, biorą się moje podobnież ponad przeciętne sukcesy w krawiectwie. Stąd, moje wyjątkowe zainteresowanie żydowską kulturą, literaturą. Przecież uwielbiam Singerów, Rotha, Schultza, Kafkę, Selingera, (który chyba nie za bardzo chciał utożsamiać się ze swoim połowicznym żydowskim pochodzeniem). Brzechwę, Tuwima, Gałczyńskiego… A film… Przecież Hollywood tworzyli Żydzi! Chaplin był Żydem, Woody Allen, Polański… A, rozsmakowanie w żydowskiej kuchni? A wreszcie, moje literackie sukcesiki? Skąd one się wzięły – bez jakiegokolwiek wykształcenia w tym kierunku? – Sam temu nie mogę się nadziwić. A jak jeszcze do tego, dodamy moje obecne odejście od kościoła? – Te, i wiele innych moich przymiotów, instynktów, upodobań, jak i przekonań – miałoby świadczyć o moim jednak żydowskim pochodzeniu?

A co z moim ptakiem – obrzezany? Przecież naiwni, wierni swojej religii, swojemu Mesjaszowi Żydzi, ciągle odcinają chłopcom kawałek napletka. Obrzezywali swoje dzieci nawet podczas wojny – po to, by… By Niemcy mogli bez pudła wyłuskać ich z innych nacji i, unicestwiać? – O! Żydowska naiwności! (To ja, Karol, już teraz zdeklarowany ateista – tak się mądruję).

– Och! Karol! – Przestań, przestań już mędrkować. Lepiej… Zobacz czy i ty nie jesteś obrzezany. Weź, weź no pooglądaj dobrze swojego. – Tak, tak, bracie, pooglądaj go sobie… Wstaję od laptopa, idę do kibelka, niby się wysikać, a jakże, zapalam światło, wyjmuję z rozporka to moje coś, co od czasu do czasu przynosi mi ciągle tyle rozkoszy – prawie wniebowstąpienia! Najpierw rzeczywiście sikam, potem oglądam: Jakiś taki… (a jaki ma być, przecież już nie młodzieniaszek – weteran!) Przyglądam mu się jak nigdy dotąd – badawczo, z fascynacją. Chyba… chyba skórka Felek! brakuje, brakuje skórki – napletka na końcu żołędzia… – Obrzezany?! – Ja pierniczę! – Żydek! Naciągam napletek – chowa się cały, ale znowu po chwili żołądź jak ślimak ze skorupy, wychodzi na wierzch. Naciągam… a on swoje. Naciągam… – No, więc? Jeszcze raz, i… jeszcze raz, i… jeszcze raz. – Co naciągnę, to napletek swoje – na dół? Znowu naciągam, a on – ślimok jeden, nagle robi się grubszy, dłuższy, twardszy… – Tak! Teraz to już na pewno zaczyna brakować napletka! Żołądź prawie na wierzchu! – Tyyyy! Żydzie!!! – Ja pierniczę! Żyd! – Żyd jak cholera! Moje dywagacje już go nic, a nic nie obchodzą, już się podniósł i… Zaczyna domagać się… choćby dotyku ręki. – Ty, palancie jeden! – zwariowałeś?! W biały dzień w kibelku? Tyyyy! – Ty Żydzie! Naciągam… tym razem majtki, portki, myję ręce, wychodzę z kibla i… Dalej niczego nie jestem pewien – obrzezany – nieobrzezany? Żyd – nie Żyd?

Sam nie wiem czy to tylko moja wyobraźnia, ale… Często w majakach, widzę taką scenę: Mroczne pomieszczenie – pracownia krawiecka? Ja, nie ja… Maluteńkie dziecko, chłopiec nieumiejący jeszcze samodzielnie ustać na długim stole. Podtrzymuje go mężczyzna ubrany w czarny garnitur, na głowie ma kapelusz. Otacza ich gromadka innych mężczyzn, również ubranych na czarno. Mężczyźni są w kapeluszach z pod których zwisają pejsy. Mała miseczka, ktoś coś robi przy moim – nie moim ptaszku, krew… Czy można taką scenę – przecież jeszcze z niemowlęcego okresu, zachować w pamięci? A gdyby nawet tak było – to czy nikt, dosłownie nikt; żadna ciotka, wujek, czy kuzyn przez całe moje życie nie zdradziliby, nie wypomnieliby mi mojego pochodzenia? Nie wykrzyczeli mi w twarz – ty Żydzie! Być może i tak, że jest to scena z jakiegoś filmu, który kiedyś tam, mogłem obejrzeć, i którego okruchy pozostały w mojej jaźni.

No dobra, a jak się ma do tego mój charakterek? – Kim jestem? Jaki jestem tam głęboko, w sobie, w środku? – Czy bardziej skłaniam się do gnuśnej, zawistnej mentalności „Polaczka” i jego kościelnego dewoctwa? – A może, lubię popisywać się; „polskom elokwencjom, alegancjom, niebywałom kulturom osobistom” – tak jak to robi gros polityków, na czele z małym Wielkim Wocem? – Nie… Chyba nie. Najprawdopodobniej, nie mam też semickich rysów twarzy – co, jak myślicie? Teraz, już na pewno, będziecie przyglądać mi się bardziej podejrzliwie. Jednak, nie mam garbatego nosa (żona mówi, że troszkę za długi), mimo uzbieranych lat, mam jeszcze gęstawą (po matce?) czuprynę. Mam awersję do niegolenia się – nigdy nie zapuściłbym sobie zarostu, nie daj boże brody, czy wąsów. Jestem raczej czyścioszek, lubię schludność – a nawet elegancję. Trudno byłoby też dostrzec u mnie… awersję do alkoholu. Podobnież jestem dowcipny, elokwentny, wesoły. Staram się żyć uczciwie – bez nieustannego kręcenia się wokół geszeftu, nadmiernego bogacenia się. Jednocześnie, czym dogłębniej wnikam w meandry chrześcijańskiej wiary, w struktury katolickiego kościoła, czym bardziej przyglądam się „teatrowi namiestników Boga”, ich zakłamaniu, pazerności, nie rzadko zboczeniu – tym bardziej odechciewa mi się jakiejkolwiek wiary. A szczególnie, wiary w te częstochowskie Maryjki, figurki i obrazki, w te czczone relikwie mnożących się świętych. A jak jeszcze dodać do tego skundlenie się kościoła z polityką, obcałowywanie dłoni „Ojcu” – toruńskiemu cwaniakowi – przez stada owieczek i obłudnych, obrzydliwych polityków – najłagodniej mówiąc, bierze mnie cofka.

Żyd – Polak?

Czy ja jestem takim, no wiesz… życiowo mądrym facetem, takim wyrastającym trochę ponad przeciętność? – Niczego nie będąc pewny, dopytuję któregoś wieczora żonę przy szklaneczce whisky. – No… chyba tak. Głuptas to ty nie jesteś… – Przerywając na moment czytanie jakiegoś artykułu w Viwie, żona prześlizguje się po mnie wzrokiem i, ciągle bardziej zainteresowana artykułem niż konwersacją ze mną, kończy od niechcenia – Najlepszy dowód, że mnie oczarowałeś. – No, jak tak, to ja jestem jednak Żydek! Jestem zdolnym krawcem, mam znaną pracownię, zarabiam dostatnio… – Żyd! Dla „Prawdziwego Polaczka” – to Żyd jak cholera! Żyd do likwidacji! – Ale z drugiej strony… (jakoś nie mogę sam sobie dać za wygraną) nie pociąga mnie geszeft, nie dorobiłem się Obajtkowego, czy Morawieckich majątku – może jednak Polak? Dopijam już trzecią szklaneczkę whisky, w głowie mentlik: Polak? – Żyd? Ach, mógłbym tak szperać, wyszukiwać za i przeciw bez końca! – Do jakich konkluzji w końcu doszedłbym? – Chyba do żadnych. Wśród Polaków i Żydów są i schludni i flejtuchy, i piękni i brzydcy, ateiści i ortodoksi, biedni i bogaci, geniusze i… kretyni. – Kurwa! (to whisky), jaka mnogość kretynów! Szczególnie wśród „speców” od polityki!

Dobra! To w końcu od Was będzie zależało jak i gidzie zakwalifikujecie bohatera tego kryminału, krawca Karola Nowaka. Wiem, że ci trzeźwo patrzący na świat, będą bardziej mu przychylni – nie będą przezywali go od „Żydów”. – Inni, głupi, zawistni, zazdrośni… – Tych już słyszę jak krzyczą za za mną: Ty śmierdzący Żydzie! Ty żydowska gnido! Pluskwo spijającą polską krew! Tyyyyy… Zdrajco szkalujący chrześcijańską wiarę! – Już, już nie żyjesz! Taaak, podobne okrzyki usłyszałem kiedyś w środku, w samym środku kościoła Św. Brygidy w Gdańsku. W tłumie wychodzących po nabożeństwie z katolickiego kościoła, darł się tak jakiś katolik – zapewne „Prawdziwy Polak”. Wierni Chrześcijanie, Katolicy – nie reagowali. Niektórzy uśmiechali się z lekka pod nosem, nawet wątpię, czy zażenowanie – raczej wyczuwało się przyzwolenie. Sam kościół Św. Brygidy pod przywództwem znanego kiedyś prałata Jankowskiego, (jak się okazało zboczeńca), chyba stwarzał taką atmosferę, takie przyzwolenie. Taaak, „Brygida” była kościołem „Prawdziwych Polaków”, myślę, że w tym katolickim kościele nawet chciano, by głosy takich kreatur, rozbrzmiewały na cały Gdańsk, na całą Polskę, na cały Świat.

Wnikając w ten niebezpieczny temat na kartkach tej powieści – już, już powinienem takich typów, takich „Prawdziwych Polaków” obawiać się, wystrzegać. Stary, sam wiesz, już parę razy ścierałeś ze ściany swojego zakładu na Starowiejskiej nabazgrane słowo ŻYD. Już raz znalazłeś w środku pracowni kamulec, który przeleciał przez rozbitą witrynę… Karol, uważaj, nie przeginaj! Armia Narodowców czuwa! Czuwa też Katolik, Prawdziwy Polak pan Minister Sprawiedliwości – Prokurator Generalny z całą swoją świtą „Prawdziwych Polaków”. Uważaj, polskie Prawo i Sprawiedliwość w każdej chwili może cię dopaść!

Co to za kryminał?! – No ok. w następnych rozdziałach może, może poleje się krew…

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *